nikaLIVE: Jak pokochać roślinne jedzenie?

Iwona Zasuwa, autorka serii książek "Smakoterapia" opowiada o tym, jak pokochać roślinne jedzenie.
Czas czytania: 8 min
Opublikowano 23/05/2022

Każdy wie, że warzywa, owoce i inne rośliny to samo zdrowie i warto spożywać je jak najczęściej. Jednak w praktyce z wykonaniem tego zadania bywa różnie – ze względu na brak czasu, nawał obowiązków, brak sił i chęci na gotowanie. Jak przezwyciężyć te przeszkody, rozmawiamy w nikeLIVE'ie.

Iwona Zasuwa, autorka serii książek "Smakoterapia" opowiada o tym, jak pokochać roślinne jedzenie.

Urozmaicona dieta oparta na produktach roślinnego pochodzenia jest zalecana przez WHO i inne organizacje i towarzystwa międzynarodowe jako podstawa dobrego zdrowia i samopoczucia. Jak przejść na taki typ odżywiania i przekonać się do jedzenia roślin, rozmawiamy z edukatorką żywieniową, autorką serii książek pt. "Smakoterapia", prowadzącą programu "Ugotuj mi, mamo!" i wokalistką Iwoną Zasuwą. Nagranie rozmowy można obejrzeć pod tym linkiem.

Czy przestawienie się na bardziej roślinną dietę jest dużym wyzwaniem? 

Iwona Zasuwa: Tak naprawdę nie jest to bardzo trudne, najważniejsze to poznać pewne patenty, w jaki sposób użyć pospolicie znane nam produkty roślinne. Po raz pierwszy dostałam od dietetyka zalecenia o włączeniu ich do diety mojego syna. Głównym celem było wdrożenie naturalnego, nieprzetworzonego produktu. Nie jest trudno jeść roślinnie, kiedy kupujemy jedynie gotowce ze sklepu. Ale zadanie było trudniejsze – należało gotować wszystko od podstaw. Pamiętam, że kiedy postawiłam na stole kaszę jaglaną, którą miałam serwować synowi codziennie, sama trochę się z tym nie zgadzałam. Kasza jaglana w moim wyobrażeniu była mdła, nijaka, bez smaku. Ja kocham smak, zatem ten aspekt jest dla mnie bardzo ważny. Do tej kaszy dodałam marchew, pietruszkę, selera, cebulę, buraki i inne kiszonki i naprawdę nie miałam pojęcia, co tak naprawdę powinnam zrobić, aby było to jadalne. Zatem, w moim mniemaniu, najtrudniejszym jest przestawienie się i zdobycie pewnych umiejętności. Do osiągnięcia tego celu, bardzo przydatny jest udział w warsztatach i nauka bazowania na naturalnych produktach. Oczywiście, nie chodzi też o ciągłe spinanie się w tej kwestii. Dieta musi być dopasowana do naszego trybu życia, nie możemy być niewolnikami jedzenia. Sama wyznaję taką filozofię, że przy braku problemów zdrowotnych, możemy sobie pozwolić na bilans 80/20, czyli 80% dobrej, zbilansowanej diety i 20% grzeszków, które w takiej proporcji nam nie zaszkodzą. Nie stresujmy się dodatkowo swoją dietą, nie napinajmy się nad talerzem, gdyż wtedy cały proces odniesie porażkę. 

Może podzieli się Pani też praktycznymi wskazówkami, od czego powinniśmy zacząć?

Po pierwsze, powinniśmy poszukać „własnych” smaków. Bawmy się przyprawami, eksperymentujmy z dodatkami. Nasze kubki smakowe też mają swoje przyzwyczajenia, co nie znaczy, że nie można ich zmienić. Od dzieciństwa jesteśmy uczeni różnorodnego odżywiania, ale przy okazji, popełniamy masę błędów, o których nie wiemy. Zjadamy ogromne ilości pszenicy, zupełnie rezygnując z innych, zdrowych zbóż: owsa, żyta czy jęczmienia. Jemy bardzo dużo nabiału, bardzo dużo mięsa i niestety najczęściej jest to słabej jakości produkt. Przetworzone mięso, z ogromną ilością soli, niekiedy nawet cukru, tworzą z diety totalny
misz-masz. 

Po drugie, powinniśmy się edukować. Nauczyć się co wybierać, jak robić zakupy, w jaki sposób gotować, aby czerpać z jedzenia to, co najlepsze. Moja podpowiedź jest taka, aby tych zmian dokonywać stopniowo. Żeby produkty roślinne zaczęły nam smakować, przyprawiajmy dania ulubionymi dodatkami bardzo obficie. Jestem zwolenniczką niedrastycznych zmian, małych kroczków. Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie zaczynają wprowadzać zmiany zbyt późno – kiedy już coś boli, jesteśmy zmęczeni, zaczynają pojawiać się choroby tzw. „koszyka spożywczego”, czyli schorzenia dietozależne. Zdrowie jest jedno i ten pojazd, którym jedziemy przez życie na ziemi, jest niewymienialny. Znacznie łatwiej jest zadbać o profilaktykę niż później odwracać skutki tego, co już się wydarzyło. To jest właśnie moja pasja – czerpanie z medycyny i wiedzy dalekiego wschodu, gdzie głównym trzonem działania jest właśnie profilaktyka. 

Podsumowując: aby zmienić swój styl odżywiania, najpierw szukamy informacji teoretycznych, np. książki, blogi, programy telewizyjne, a później próbujemy dodatkowo zapisać się na warsztaty, aby tę pozyskaną wiedzę wypróbować w praktyce. Taka metoda jest Pani zdaniem najbardziej efektywna? 

Zdecydowanie tak, aczkolwiek musimy mieć świadomość, że internet jest pełen teorii wykluczających się nawzajem. To nie jest wcale takie proste, trafia do mnie wiele osób z ogromną wiedzą, ale nie potrafią tej wiedzy usystematyzować. Przykładowo, dwie skrajne dietetyczne koncepcje: vegan raw food, czyli jedzenie wszystkiego, co roślinne, i tylko na surowo, a z drugiej zaś strony dieta keto – obie te koncepcje mają sens tylko, gdy zostaną dobrane w odpowiednich przypadkach. Tutaj najważniejsza jest ta indywidualizacja wskazań, najlepiej od specjalisty, który na podstawie badań i obrazu klinicznego zaleci nam, w którą stronę się udawać. Oczywiście, jeśli jesteśmy permanentnie zdrowi, nic nam nie dolega, czyli wstajemy rano bez potrzeby kawy, mamy dużo energii, po posiłku nie odczuwamy dużego zmęczenia to znaczy, że mamy dużo energii własnej i najprawdopodobniej prawidłowo się odżywiamy. W medycynie chińskiej istnieją dwa główne źródła energii: nasze własne (tzw. genetyczne, przedurodzeniowe) oraz to, co czerpiemy z naszego trybu życia, czyli z odżywiania, oddychania, ruchu i relacji, jakie nawiązujemy. Jeżeli jesteśmy zmuszeni korzystać jedynie z energii, którą pozyskaliśmy przed urodzeniem, wówczas zaciągamy spory kredyt od naszego organizmu. 

Natomiast, jeśli zadbamy o przynajmniej cztery powyższe punkty: świadomy oddech, racjonalne odżywianie, regularny ruch oraz spokój ducha, to mamy tej energii o wiele więcej. Oczywiście, nie żyjemy w idealnym świecie, ja sama robię sobie często takie rachunki sumienia, ponieważ ta ciągła pogoń dnia codziennego doprowadza nawet do upośledzenia czynności oddychania. Ja, zajmując się śpiewem od 30 lat, pracuję na oddechu i staram się podkreślać, że oddychanie to jedyna automatyczna czynność ciała, na którą mamy wpływ. Zatrzymanie się na tym oddechu i sprawdzenie, czy oddychamy poprawnie – głęboko, włączając w to przeponę – jest bardzo istotne. Mówiąc o jedzeniu, człowiek nie jest stworzony do jedzenia tzw. „suchej karmy”. Mam tutaj na myśli ubogie kanapki zalewane kawą lub jeszcze gorzej – zimnym szejkiem czy herbatą. 

Chyba dużym problemem jest to, że w obecnych czasach mało kto ma czas na to, by wszystko gotować od podstaw. Rzeczy do zjedzenia na „już” (np. kanapki i fast-food) w większości przypadków zawierają składniki odzwierzęce, w dodatku wątpliwej jakości. Zatem odżywianie roślinne i naturalne przy współczesnym tempie życia jest wyzwaniem. Gdzie znaleźć ten czas i jak to wpisać w swój harmonogram życia? 

Ja to pytanie bym odwróciła i zadała je trochę inaczej – kiedy masz czas dla siebie? Kiedy stajesz się swoim własnym priorytetem? Niestety, zauważam, iż stajemy się dla siebie priorytetem dopiero, gdy coś nas boli. Wiadomo, młodość ma swoje prawa i niejednokrotnie my nawet nie czujemy, że dzieje się coś złego. To jest kwestia pracy nad sobą i bycia dla siebie, które już wykracza poza zalecenia żywieniowe. Mamy taką tendencję zostawiania siebie na końcu sznurka obowiązków. I tutaj zachęcam do tego, żeby zbadać, zanalizować – „gdzie JA jestem ze swoimi potrzebami? Jak mogę codziennie wykroić chociaż chwilkę czasu dla siebie? Czy dam radę postawić siebie na tyle wysoko, aby ugotować dla siebie tę zupę i ją np. zawekować? Istnieją takie sposoby, jak właśnie wekowanie, które pozwolą nam zaoszczędzić trochę czasu, nie tracąc przy okazji na jakości posiłku. W swojej książce zamieściłam przepis na tzw. „zupę instant”. Na dno słoika wrzucam dowolną pastę, która będzie esencją, koncentratem mojej zupy. Dorzucam pokrojone warzywa i zabieram do pracy, w której tylko zalewam słoik wrzątkiem i mam gotowy obiad. My również żyjemy w czasach, w których mamy dość szeroki dostęp do produktów dobrej jakości. Są także cateringi, które oferują naprawdę dobry produkt. 

Natomiast punktem wyjścia powinna być dla nas ta refleksja „na którym szczeblu moich obowiązków jestem JA?”. Moja praca nad sobą pokazała mi, że niestety na mojej liście ja się po prostu nie mieściłam. Niestety okazało się, że żadna z rzeczy, które robiłam w ciągu dnia, nie była wykonywana z myślą o mnie samej. Pewnie dlatego też wszystkie moje warsztaty nigdy nie są stricte kulinarne, ponieważ na samym jedzeniu życie się nie kończy. Niejednokrotnie na warsztatach słyszałam od uczestników stwierdzenia: „Umiem gotować, nawet znalazłam na to czas, znam zasady zdrowego odżywiania, a jednak się okazuje, że wieczorem nic mi się nie chce”. Ja zawsze wtedy mówię, że to jest ten moment, aby znaleźć dla siebie miejsce w swoim życiu. Zachęcam do zaopiekowania się sobą, o zadbanie o swój oddech, odżywianie, ruch i emocje – to wszystko bardzo koreluje ze sobą i przekłada się na nasze ogólne samopoczucie. Z drugiej strony, zachęcam, aby tym jedzeniem się bawić, żeby zrobić sobie np. 2 dni w tygodniu, w których oddamy się gotowaniu czegoś, co nam smakuje, co uwielbiamy. W tym wszystkim chodzi jedynie o to, że my siebie nie cenimy. Nie doceniamy swojego zdrowia. 

Mężczyźni często zasłaniają się argumentem, że roślinne jedzenie jest mało konkretne i się nim nie najadają. Co możemy z tym zrobić? 

Pierwszy wątek to: nikogo nie ewangelizujemy, nie namawiamy do zmiany trybu życia. Jeśli ktoś nie chce podjąć żadnych działań w tym kierunku, nie możemy go do tego zmusić. Nie mówię tutaj o dzieciach, ale osobach dorosłych, z którymi żyjemy na co dzień. Z dziećmi możemy działać przede wszystkim na dawaniu im dobrego przykładu, to moim zdaniem najprostsza droga do nakłonienia dziecka do dobrego odżywiania. Wracając do tematu mężczyzn – u nas, kulturowo, utarty jest schemat, że to Pani Domu dba o to, co jada mąż. Ja się z tym kompletnie nie zgadzam. Na swojej drodze słyszę głosy wielu kobiet, ubolewających nad tym, że mąż odżywia się głównie golonką zapijaną piwem i najbardziej cierpią przez to właśnie kobiety. Ja zawsze odpowiadam, że nie mamy w swoich zasobach takiej mocy, aby kogoś zmusić do zmian, jeśli on sam tego nie zechce. My sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie, a nie nasz współmałżonek. 

Kolejną sprawą jest fakt, że nasze społeczeństwo ma bardzo wiele mitów na temat roślinnego jedzenia. Na samo hasło „roślinne” oczami wyobraźni widzimy miskę pełną sałaty. A tymczasem, mamy do dyspozycji naprawdę bardzo szeroką gamę fantastycznych produktów i gotowych dań, w których bardzo ciężko poznać, że jest całkowicie roślinne. Są sycące, smaczne, smakują bardzo podobnie do mięsa. To jest kwestia składu, tego, co jest w tym daniu – tam w środku musi znajdować się białko, tłuszcz oraz węglowodany. Przykładowo: dodatek grzybów shitake bardzo podbija smak i czasami nie sposób odróżnić burgera na bazie grzybów i kalafiora od tego złożonego w 100% z mięsa. Moim ulubionym daniem są cukinie nadziewane pysznościami i ja zawsze określam je jako danie dla prawdziwych drwali, bo to jest coś, co smakuje mężczyznom i czują się po tym nasyceni. Ale tutaj znów muszę odnieść się do jakości produktów. Pozyskując jedzenie z niewiadomych źródeł narażamy się na ryzyko, iż to jedzenie będzie niesmaczne. W każdym rodzaju kuchni jakość stawiana jest na pierwszym miejscu i nie inaczej wygląda to w kwestii diety roślinnej. 

Pani Iwono, mam jeszcze ostatnie pytanie: jeżeli zaczniemy naszą przygodę z roślinnym jedzeniem, jakie możemy odczuć konsekwencje takich zmian? 

Jeśli dostosujemy dietę do swoich codziennych potrzeb, a także strefy klimatycznej, w której mieszkamy, oraz zmieniających się pór roku, pierwsze co zauważymy to przypływ energii. Jest nam lżej, nie odczuwamy ciężaru po obiedzie i przestajemy tak bardzo uzależniać dzień od kawy. W niektórych przypadkach zniwelujemy nawet bóle głowy i kręgosłupa. Również bardzo istotną sprawą jest nasza odporność, która w dużej mierze zależy od sposobu odżywiania. Należy mieć świadomość, że to właśnie latem budujemy odporność na nadchodzącą zimę. To samo tyczy się również dzieci – przy racjonalnie dobranej diecie nagle przestają chorować. 

Warto także wiedzieć, że latem nie powinniśmy się zbytnio wychładzać. Nie możemy cały czas żyć na zimnych koktajlach i mimo, iż wakacje ku temu nie sprzyjają, spróbujmy już w okolicach sierpnia pomyśleć o zupach i ciepłych śniadaniach. Zawsze zachęcać będę do tego, aby zadbać o siebie w sposób naturalny. Biologicznie jesteśmy tą samą istotą, która żyła 500 lat temu, ale nasz świat diametralnie się zmienił. Dlatego nakłaniam do tego, by słuchać natury, jeść zgodnie z porami roku, nie rzucać się na truskawki w styczniu. Wszystko z głową, ze zrozumieniem i łagodnością dla siebie, bez uderzania w skrajności i nadążając za tym – czyli nie cierpiąc z tego powodu. 

Wydawca nie prowadzi działalności leczniczej.